Dzień nastęny.
Czasami, nawet dzisiaj, wraca do mnie obraz. Obraz spokojny, pełny sam w sobie, doskonały bez szczególnego powodu. Siedzę na progu domu czy może lepiej nazwać je przestronnym mieszkaniem do którego prowadzą drewniane schody prosto z małego, zagraconego, ale i pokrytego kwiatami podwórka. Za podwórkiem, na wprost mury obronne rumuńskiego miasteczka, w którym się znajduję. Za murami dal, przestrzeń, niebo. Siedzę na tym progu kuchennym wychodzącym na tę dal i czuję TO, kilka razy w życiu TEGO doświadczyłam, ale dokładnie pamiętam może 2,3 razy. W tle słyszę głosy i śmiech przyjaciół i bulgotanie makaronu w garnku, nasze pranie się suszy, a lekkie czerwcowe powietrze zapowiada kontynuację tego lekkiego i miękkiego nastroju na kolejne godziny... wieczór i noc.
Harmonia. Spokój.
Dzisiaj korzystam z tego, że jej się zaczęlam uczyć kilka lat temu. Nie wiem czy nauczyłam w pełni. Pewnie nie. Ale nawet dzisiaj, na kwadrans przed rozpoczęciem Nowego w życiu, czekam ze spokojem i właśnie tą miekką radością w środku.
Zapiski na paczce makaronu
giovedì 11 ottobre 2012
mercoledì 26 settembre 2012
Mala Tirana
Dzien kolejny...kiedy kilka lat temu jezdzilam podrozniczo po Albanii, dziwilam sie na mase samochodow, takich z wyzszej polki i bardzo czystych i lsniacych, na tablicach wloskich. Ktos mi wytlumaczyl ze to Albanczycy pracujacy w Italii. OK. rozumiem, przytaknelam przejezdzajac rozklekotana taksowka przez gorace, glosne i kolorowe (tak musi wygladac Kuba) ulice stolicy kraju dwuglowego orla. Obecnie poznaje wlascicieli tych aut po drugiej stronie Adriatyku. Mam swoja mala Tirane na moim malym podworku. Sasiad myje swoje biale cacko przy puszczonym na full radiu z rytmami wprawiajacymi w drzenie kuchenne szyby...inny wietrzy czarnego mercedesa co jakis czas otwierajac drzwi garazu...inny przesiaduje w swoim VW by rowniez posluchac glosno muzyki (przypuszczam ze zona go wygania z domu gdy dziecko spi)... tirano tirano....nic tylko zjesc tiramisu :)
venerdì 7 settembre 2012
o kurach i baklazanach
2 dzien
Za chwile wyskoczyc musze po paczke mortadeli by dokonac wyczynu kucharskiego jakim jest parmiagiana...a scislej mowiac melanzane alla parmigiana.
Zycie kury domowej nie jest jednak tak bardzo straszne, jakim mialo sie stac i jakim wiele osob wylaczajacych budzik o 7 rano, by wkrotce pomaszerowac grzecznie do biura, mi je przedstawialo. Ja sama chyba zylam w tym blednym przeswiadczeniu, choc nie balam sie tego zycia. No jak sie moglam bac skoro sie na to z cala moja odpowiedzialnoscia i swiadomoscia zdecydowalam.
W gruncie rzeczy spedzanie 8-12 godzin przed komputerem, gdzie pelnisz swoje funkcje zadaniowe, w pewnym zakresie jednak bardzo ograniczone (choc tak tak, praca rozwija, ksztaltuje nowe horyzonty i podklada pod nogi ciagle to nowe wyzwania, spotkania, osoby, problemy), jest jednak znacznie ubozsze w doznania zyciowe, ktore staja sie czescia istnienia wspomnianej kury domowej. Dlaczego rola kury domowej jest tak niedoceniona? Moze przez same kury domowe, ktore sie tego wstydza? A bo ja wiem. Powtarzalnosc rzeczy jak wszedzie, wyzwania i nowe osoby jak wszedzie, przynajmniej w miedzyczasie mozna poczytac ksiazke albo nadrobic braki w kinie, poskakac na trampolinie, albo pojezdzic na hulajnodze.... ze nie wspomne o spacerze do parku, spoczynku na lawce, kontemplowaniu jestestwa i podziwianiu spaceru gasienicy w strone kwitnacych roz.....jak sie dobrze dzien zorganizuje to mozna zrobic nawet wiele wiecej. I co tu porowynwac do niszczenia kregoslupa i wzroku i ukladu nerwowego, ktore nastepuje w przecietnym zyciu biurwy? Wiec po kilkunastu latach czynnego zycia zawodowego stwierdzam, ze nie tego spodziewalam sie po kurach domowych, to na serio niezle zycie....
Dobra, przejdzmy do meritum sprawy, czyli parmigiany, ktora jest moim czarnym piotrusiem, tak nazywam sobie rzeczy ktore mnie pociagaja, ale w jakis sposob ciagle robia mnie w konia. Jak ta parmigiana, ktora bardzo lubie, ale gdy robie to mi nie wychodzi tak jak wychodzi innym. Trzeba kupic baklazany, mortadele, ser typu parmezan, mozna tez dodac mozarelke i juz. No i oczywiscie sos pomidorowy. Baklazany sie kroi na plastry, soli, potem po jakiejs pol godzinie sol splukuje, smazy sie te baklazany na patelni, a potem wszystko uklada sie do jakiegos gara, naczynia no takiego....jak to sie mowi, brytfanny.... foremki...no.... i robi sie z tego warstwy, sos, baklazan, ser..gdzies w to ulozyc mozna i mortadele. I piotem siup do piekarnika na jakies pol godziny? Tak by to sie wszystko ladnie zapieklo. Sosu nie moze byc za wiele, bo to nie ma plywac...a mnie zawsze plywa. Ma sie to cudo kroic!!! A nie chochla nabierac, a u mnie to poracha zawsze. Ale bede probowac dzielnie.
do znowu!
pa
Za chwile wyskoczyc musze po paczke mortadeli by dokonac wyczynu kucharskiego jakim jest parmiagiana...a scislej mowiac melanzane alla parmigiana.
Zycie kury domowej nie jest jednak tak bardzo straszne, jakim mialo sie stac i jakim wiele osob wylaczajacych budzik o 7 rano, by wkrotce pomaszerowac grzecznie do biura, mi je przedstawialo. Ja sama chyba zylam w tym blednym przeswiadczeniu, choc nie balam sie tego zycia. No jak sie moglam bac skoro sie na to z cala moja odpowiedzialnoscia i swiadomoscia zdecydowalam.
W gruncie rzeczy spedzanie 8-12 godzin przed komputerem, gdzie pelnisz swoje funkcje zadaniowe, w pewnym zakresie jednak bardzo ograniczone (choc tak tak, praca rozwija, ksztaltuje nowe horyzonty i podklada pod nogi ciagle to nowe wyzwania, spotkania, osoby, problemy), jest jednak znacznie ubozsze w doznania zyciowe, ktore staja sie czescia istnienia wspomnianej kury domowej. Dlaczego rola kury domowej jest tak niedoceniona? Moze przez same kury domowe, ktore sie tego wstydza? A bo ja wiem. Powtarzalnosc rzeczy jak wszedzie, wyzwania i nowe osoby jak wszedzie, przynajmniej w miedzyczasie mozna poczytac ksiazke albo nadrobic braki w kinie, poskakac na trampolinie, albo pojezdzic na hulajnodze.... ze nie wspomne o spacerze do parku, spoczynku na lawce, kontemplowaniu jestestwa i podziwianiu spaceru gasienicy w strone kwitnacych roz.....jak sie dobrze dzien zorganizuje to mozna zrobic nawet wiele wiecej. I co tu porowynwac do niszczenia kregoslupa i wzroku i ukladu nerwowego, ktore nastepuje w przecietnym zyciu biurwy? Wiec po kilkunastu latach czynnego zycia zawodowego stwierdzam, ze nie tego spodziewalam sie po kurach domowych, to na serio niezle zycie....
Dobra, przejdzmy do meritum sprawy, czyli parmigiany, ktora jest moim czarnym piotrusiem, tak nazywam sobie rzeczy ktore mnie pociagaja, ale w jakis sposob ciagle robia mnie w konia. Jak ta parmigiana, ktora bardzo lubie, ale gdy robie to mi nie wychodzi tak jak wychodzi innym. Trzeba kupic baklazany, mortadele, ser typu parmezan, mozna tez dodac mozarelke i juz. No i oczywiscie sos pomidorowy. Baklazany sie kroi na plastry, soli, potem po jakiejs pol godzinie sol splukuje, smazy sie te baklazany na patelni, a potem wszystko uklada sie do jakiegos gara, naczynia no takiego....jak to sie mowi, brytfanny.... foremki...no.... i robi sie z tego warstwy, sos, baklazan, ser..gdzies w to ulozyc mozna i mortadele. I piotem siup do piekarnika na jakies pol godziny? Tak by to sie wszystko ladnie zapieklo. Sosu nie moze byc za wiele, bo to nie ma plywac...a mnie zawsze plywa. Ma sie to cudo kroic!!! A nie chochla nabierac, a u mnie to poracha zawsze. Ale bede probowac dzielnie.
do znowu!
pa
lunedì 3 settembre 2012
Prova prova prova
Dzien 1.
Na razie nikt tego nie czyta. To okrutne co powiem, ale nikt tego nie musi czytac. Wszak pisze to dla siebie. Okrutna jak zawsze. Proba proba proba. Okrutna. Ja okrutna, nie proba.
Pozdrawiamy, ja i maly kosmita.
Na razie nikt tego nie czyta. To okrutne co powiem, ale nikt tego nie musi czytac. Wszak pisze to dla siebie. Okrutna jak zawsze. Proba proba proba. Okrutna. Ja okrutna, nie proba.
Pozdrawiamy, ja i maly kosmita.
Iscriviti a:
Post (Atom)