Dzień nastęny.
Czasami, nawet dzisiaj, wraca do mnie obraz. Obraz spokojny, pełny sam w sobie, doskonały bez szczególnego powodu. Siedzę na progu domu czy może lepiej nazwać je przestronnym mieszkaniem do którego prowadzą drewniane schody prosto z małego, zagraconego, ale i pokrytego kwiatami podwórka. Za podwórkiem, na wprost mury obronne rumuńskiego miasteczka, w którym się znajduję. Za murami dal, przestrzeń, niebo. Siedzę na tym progu kuchennym wychodzącym na tę dal i czuję TO, kilka razy w życiu TEGO doświadczyłam, ale dokładnie pamiętam może 2,3 razy. W tle słyszę głosy i śmiech przyjaciół i bulgotanie makaronu w garnku, nasze pranie się suszy, a lekkie czerwcowe powietrze zapowiada kontynuację tego lekkiego i miękkiego nastroju na kolejne godziny... wieczór i noc.
Harmonia. Spokój.
Dzisiaj korzystam z tego, że jej się zaczęlam uczyć kilka lat temu. Nie wiem czy nauczyłam w pełni. Pewnie nie. Ale nawet dzisiaj, na kwadrans przed rozpoczęciem Nowego w życiu, czekam ze spokojem i właśnie tą miekką radością w środku.
Nessun commento:
Posta un commento